Puść sobie dziś jakąkolwiek polską komedię sprzed dwudziestu, trzydziestu lat, a zaraz potem coś z ostatnich pięciu. Poczujesz różnicę w pierwszych dziesięciu minutach i nie chodzi o budżet ani efekty specjalne. Chodzi o to, że stare polskie kino było zrobione przez ludzi, którzy mieli coś do powiedzenia, a nowe robi wrażenie zrobionego przez ludzi, którzy mają do sprzedania produkt.
Nie jest to tęsknota za przeszłością dla samej przeszłości. To konkretna obserwacja: stare polskie filmy miały naturalność, której dzisiejszym brakuje, bo dzisiejsze są projektowane pod inny cel.
Kiedyś kręcono ludzi, dziś kręci się typy
W starszym polskim kinie bohaterowie mówili tak, jak faktycznie mówili ludzie na ulicy — z pauzami, potknięciami, bez idealnie wypolerowanych riposty co dwadzieścia sekund. Dziś dialogi w większości nowych komedii brzmią jak scenariusz napisany pod viralowe cięcie na social media — krótkie, punchline, cięcie, kolejny żart. Wszystko musi być zabawne co pięć sekund, bo inaczej widz przełączy kanał albo zamknie aplikację.
Efekt jest taki, że postacie przestały być ludźmi z konkretnym życiem, a stały się nośnikami żartów. Stare kino dawało im czas, żeby po prostu być — nowe nie ma na to cierpliwości.
Budżet marketingowy większy niż budżet scenariusza
Można odnieść wrażenie, że dzisiejsze polskie produkcje najpierw planują kampanię promocyjną, obsadę pod rozpoznawalność w social mediach, a scenariusz dopisuje się gdzieś po drodze. Stare filmy powstawały odwrotnie — najpierw był pomysł, dopiero potem szukano, jak go sprzedać. Ta kolejność naprawdę widać na ekranie.
To nie znaczy, że kiedyś nikt nie myślał o pieniądzach. Myślano, ale scenariusz i tak był punktem wyjścia, nie dodatkiem do castingu gwiazd internetu.
Nie chodzi o nostalgię, tylko o rzemiosło
Można kochać stare filmy z sentymentu i to jest w porządku, ale to nie jest ten argument. Ten argument dotyczy tego, że w starym polskim kinie reżyser, montażysta i scenarzysta mieli czas i przestrzeń, żeby zrobić coś przemyślanego, zamiast wypuszczać kolejną produkcję na czas premiery wakacyjnej, bo terminarz platformy tego wymaga.
Nowe polskie kino nie jest gorsze, bo twórcy stracili talent. Jest gorsze, bo warunki, w jakich powstaje, faworyzują szybkość i rozpoznawalność ponad przemyślaną robotę.
Jeśli chcesz sam sprawdzić różnicę, zestaw sobie stare i nowe tytuły obok siebie — tu jest lista klasyki, która się broni bez żadnej taryfy ulgowej.
Nie zgadzasz się? Podaj mi jeden nowy polski film z ostatnich pięciu lat, który za dwadzieścia lat ktoś będzie oglądał tak, jak dziś ogląda się stare klasyki. Czekam w komentarzach.


