Włączasz przypadkiem Seksmisję albo „Misia” i śmiejesz się w miejscach, które znasz na pamięć. Włączasz polską komedię z zeszłego roku i nie śmiejesz się ani razu. Łatwo to zbyć nostalgią — ale nostalgia nie tłumaczy, dlaczego te same żarty działają na ludziach, którzy PRL-u nie pamiętają.
Zmieniły się trzy rzeczy w sposobie robienia tych filmów. Żadna nie dotyczy talentu.
1. Cenzura zmuszała do pisania nie wprost
Nie da się zrobić filmu o absurdzie systemu, mówiąc o nim wprost — więc mówiło się o kolejce, o remoncie, o zebraniu w zakładzie pracy. Widz sam dopowiadał resztę i to dopowiadanie było połową śmiechu.
Ten przymus wymuszał gęstość. Scena musiała działać na dwóch poziomach naraz: dosłownym, żeby przeszła, i drugim, żeby miała sens. Stąd dialogi, które da się cytować bez kontekstu — bo każde zdanie musiało nieść więcej niż jedno znaczenie.
Dzisiaj można powiedzieć wszystko wprost. To dobrze dla wolności słowa i źle dla pisania żartów: kiedy wolno powiedzieć wszystko, zwykle mówi się to najprościej.
2. Dogrywano dźwięk w studiu
Przez dekady polskie filmy miały postsynchrony — aktor nagrywał kwestie jeszcze raz, w ciszy, do gotowego obrazu. Dlatego w tych filmach każde słowo jest czyste jak w słuchowisku.
W komedii to nie jest szczegół techniczny, tylko warunek działania. Puenta musi być słyszalna w całości, z timingiem co do sylaby. Współczesna produkcja stawia na dźwięk z planu, w imię naturalności — i naturalność faktycznie zyskuje, ale połowa żartu ginie w szumie.
Sprawdź to przy najbliższej okazji: nie chodzi o to, że dzisiejsze dialogi są gorsze. Chodzi o to, że ich nie słychać.
3. Powtórki zbudowały wspólny język
Te filmy leciały w telewizji po kilkanaście razy, w kraju z dwoma kanałami. Widziały je wszystkie pokolenia naraz, wielokrotnie. Cytat działał, bo wszyscy go znali.
Śmiech z powtórzenia jest silniejszy niż śmiech z zaskoczenia — to dlatego serial komediowy jest śmieszniejszy w piątym sezonie niż w pierwszym. Dzisiejsza komedia dostaje jedno okno w kinie, potem znika w katalogu obok trzech tysięcy innych i nigdy nie zdąży wejść do języka.
Czego to nie tłumaczy
Uczciwie: pamiętamy pięć komedii z tamtej epoki, a powstało ich kilkadziesiąt. Reszta była słaba i nikt jej nie ogląda. To jest klasyczny błąd przetrwania — porównujemy najlepsze z tamtych czasów ze wszystkim z dzisiejszych.
Powstają też dzisiaj polskie komedie, które bronią się bez taryfy ulgowej — Dzień świra jest zjadliwszy niż większość tego, co pamiętamy z PRL-u, tylko nikt go nie powtarzał w telewizji sto razy.
Co z tego wynika
Że problemem nie jest brak talentu, tylko trzy warunki, które przestały istnieć: przymus pisania nie wprost, zrozumiały dźwięk i powtarzalność.
Pierwszego nikt nie chce z powrotem. Drugi da się naprawić w postprodukcji. Trzeci zależy od tego, czy ktokolwiek będzie chciał obejrzeć ten sam film dwa razy — a to już pytanie o film, nie o czasy.
Sprawdź, co dziś oglądają inni w dziale Co oglądamy, albo zagłosuj w plebiscycie na najgorszy polski film — tam widać, jak bardzo widownia rozjeżdża się z ocenami.



